Pierwsze wrażenia – wielki szok

Nasze pierwsze spotkanie z dziećmi w Afryce, to w dużej mierze szok spowodowany ich biedą. Kiedy tamtego dnia wróciliśmy do misji w Makambako, długo rozmawialiśmy o tym, co przeżyliśmy. Mówili wszyscy i wszyscy byli bardzo przejęci… Włączyłem dyktafon… Posuchajcie Roberta i Ani.

(red.: Robert Jesionek)

Studnia Św. Patryka

Blisko Kondoa w Tanzanii powstaje Studnia Św. Patryka. Jej nazwa pochodzi od Patrona warszawskiej parafii. To ogromna ofiarność tamtejszych Parafian i przychylna postawa Księdza Proboszcza sprawiły, że zebrane w tej Parafii pieniądze wystarczyły na sfinansowanie tego projektu. Studnia w tym miejscu jest bardzo potrzebna. Wprawdzie niedaleko znajduje się inne ujęcie wody, ale częto się zdarza (tak jest właśnie teraz, w tych dniach), że brakuje w nim wody. Na poniższym zdjęciu, zrobionym dosłownie w ostatnich dniach, widać jak kobiety siedzą i czekają na wodę, która być może pojawi się w studni z kilka, kilkanaście, a może za kilkadziesiąt godzin… Ukształtowanie terenu i budowa geologiczna tamtejszych okolic sprawiają natomiast, że nawet jeśli studnia w jednym miejscu nie ma w sobie wody, to już kilka metrów dalej woda ta może być dostępna bez kłopotu.

Dlatego budowana przez nas studnia jest tak bardzo oczekiwana przez mieszkańców okolicznych wiosek. „Budowana przez nas”, to chyba jednak nie do końca dobre określenie. My, a zwłaszcza ofiarni Parafianie od Św. Patryka z Warszawy, dostarczyliśmy pieniądze. Kilkoro uczestników naszej misji, w sensie fizycznym pomagało studnię budować – wylewali betonowe kręgi, nosili piach i kamienie. Panował wtedy ogromny upał i ich wysiłek była naprawdę wyczerpujący. Osobiście nie byłem zaangażowany w tę budowę, ale byłem tam na miejscu i widziałem ciężką pracę wszystkich tam obecnych. Nie muszę chyba dodawać, że od nikogo nie usłyszałem słowa narzekania…

Główny ciężar budowy studni biorą na siebie najbardziej zainteresowani, czyli lokalni mieszkańcy. Poniżej kilka zdjęć zrobionych trzy tygodnie temu.

(red.: Robert Jesionek)

Tekst i zdjęcia: Robert Jesionek

Tańce i śpiewy

Obejrzyjcie film. Co na nim widać, a czego nie? Otóż, jesteśmy tam w kościele. To prawda – ta, na pierwszy rzut oka biedna szopa, to kościół w okolicy Makambako w Tanzanii. Jest to okolica bardzo biedna i doświadczona suszą. Wokół są rozległe hektary suchych pól i sterczących badyli po kukurydzy. Gdzieniegdzie widać jakieś ledwo zielone drzewa, ale generalnie jest to widok bardzo przygnębiający. Zmiana nastąpi za kilka miesięcy, gdy przyjdzie pora deszczowa.
W kościele jest przyjemny chłód, a po Mszy Św. odprawionej dla tutejszej ludności właśnie odbywa się wspólna zabawa. Wszyscy tańczą i śpiewają, a ołtarz za chwilę zamieni się w biesiadny stół, z którego dzieciaki będą jadły przygotowane przez nas kanapki z dżemem i sięgały po kubki z sokiem pomarańczowym. Tymczasem jest taniec.
Ludzie w Afryce nieustannie wyrażają swoje emocje tańcem i śpiewem. Zwróćcie uwagę, na dwóch mężczyzn (biały i czarny), obaj z charakterystyczną łysiną  – ich taniec to niemal kung-fu, wyrażające jakiś rodzaj walki między sobą. Takie taneczne „przepychanki” widzieliśmy w Tanzanii kilkakrotnie, ale za każdym razem były zupełnie niegroźne:-)
Za to w tańcu niektórych kobiet afrykańskich (także na tym filmie) widać już wpływ przebywania z nami, z białymi, co dostrzec można choćby w ruchach przypominających występy członków zespołu Kombi z czasów takich hitów jak „Nasze Randez-Vouz”, a może nawet „Kochać cię za późno” – oto wzajemne przenikanie się kultur….;-)
Słowo, które wciąż powtarza się w piosence, to „asante” – dziękuję. Niezwykle często słychać je zarówno w afrykańskich piosenkach, jak i w życiu…. Bębny muszą być zawsze i wszędzie, były także w sytuacji, w której się znaleźliśmy w Makambako. W innych kościołach niemal zawsze stoją gdzieś z boku gotowe do użycia, czasem wraz z innymi instrumentami, np. w rodzaju grzechotek.
Gdy akurat nie ma pod ręką bębnów, a sytuacja stała się „taneczna” - wystarczy puste, plastikowe wiadro lub kanister na wodę, na których rytm wybija się tak samo pięknie. Dzieciaki na tym filmiku nie grają pierwszych skrzypiec. Ale i na nie przyjdzie kolej w kolejnych odsłonach, do obejrzenia których już dziś zapraszam.
Tekst i film: Robert Jesionek

Przy ulicy i na drodze…

Ulice tanzańskich miasteczek opisywałem już przy okazji wpisu o Arushy. Tym razem zapraszam do obejrzenia zdjęć, obrazujących to, co można zaobserwować idąc zarówno przedmieściami dużych miast, jak i jadąc samochodem setki kilometrów. To właśnie w takich okolicach najczęściej mieszkaliśmy, to takie drogi przemierzaliśmy. Mogliśmy tam obserwować kawał ludzkiego życia, nawewt jeśli była to obserwacja przez stłuczoną przednią szybę w samochodzie…

(red.: Robert Jesionek)

Foto: Robert Jesionek

Szpital w Kondoa

W szpitalu w Kondoa urodziły się syjamskie bliźniaki. Przy porodzie, który był odebrany cesarskim cięciem, były obecne trzy uczestniczki naszej misji, które są studentkami medycyny i pomagają w szpitalu. Nie podjęto specjalnych działań w związku z nowonarodzonymi dziećmi, bo… nie ma tu środków, ani możliwości, by taką sytuację potraktować zgodnie z możliwościami współczesnej medycyny. Poza tym, wiele wskazuje na to, że więcej uwagi poświęca się tu tym chorym, którzy rokują większe nadzieje na przeżycie… To bardzo smutne, ale gdy patrzy się na to, czym dysponuje szpital – choćby tylko w zakresie samego sprzętu medycznego – to naprawdę trudno oczekiwać realnej i skutecznej pomocy w tak trudnym i rzadkim wypadku, jakim są bliźnięta syjamskie. Gdy odwiedzaliśmy szpital dzień po tych niecodziennych urodzinach, rodzina odbierała już tylko zwłoki… Stali zgromadzeni przy niedużym domku, kilkadziesiąt metrów od głównego budynku szpitalnego.

Ordynator szpitala to rozsądnie wyglądający człowiek, ale jego możliwości w tak trudnym miejscu są mocno ograniczone. Jemu i jego personelowi nie brakuje wielkiego serca. Kilka dni wcześniej lekarze doskonale poradzili sobie z innym trudnym porodem i dziecko szczęśliwie przeżyło. Już niedługo pan ordynator zajmie się budową i organizacją nowego szpitala, bo ten, w którym jesteśmy nie wystarcza dla całego okręgu. Jest tu 215 miejsc dla pacjentów, 12 lekarzy, wśród nich tylko jeden specjalista – psychiatra. Ale największe potrzeby wiążą się z ortopedami, pediatrami, ginekologami, specjalistami chorób wewnętrznych. Ordynator mówi, że chętnie przyjmie nie tylko wolontariuszy, ale ma także pewne możliwości zatrudnienia na etat.

Potrzeby dotyczą także sprzętu. Na oddziale noworodków w godzinach przedporannych jest zimno (to prawda, ja śpię tu w dresie i pod 2 kocami), co niestety może powodować śmierć dzieci. Dlatego potrzebne jest ogrzewanie. Szpital dysponuje w miarę nowoczesnym sprzętem anastezjologicznym, ale nikt nie potrafi go obsługiwać. Dlatego przydałby się ochotnik, który np. przez 2-3 miesiące, w czasie przeprowadzanych operacji nauczyłby tutejszych lekarzy korzystać z tego sprzętu. Potrzebny jest sprzęt szpitalny do sterylizacji narzędzi chirurgicznych. Potrzebne są także same narzędzia i drobny sprzęt lekarski. Lista leków, których brakuje jest bardzo długa – dysponujemy nią. Jeśli jesteś osobą, która może być potencjalnym dobroczyńcą tego ubogiego szpitala, lub jeśli znasz kogoś, kto mógłby nią być – daj nam znać!

Przed pożegnaniem, ordynator wprowadza nas do przedsionka niedużego budynku szpitalnego. W kącie leży kilka par porozrzucanych kaloszy. Obok, pod ławą, kolejnych kilka par zwykłego obuwia oraz obuwia zastępczego („pół-kalosze”), na ławie woda w termosie, kawa rozpuszczalna w puszce i popularna herbata „Kilimadżaro”, jakieś fartuchy i coś jeszcze, czego nie identyfikuję… Z przedsionka, otwierając lekko skrzypiące, drewniane drzwi wahadłowe, wchodzimy do kolejnego pomieszczenia i widzimy, jak 3 metry od nas na stole operacyjnym leży człowiek, a kilka osób w fartuchach (ale już bez czepków na głowie) operuje go. Ktoś dyskretnie przymyka drzwi, a my wchodzimy do drugiej sali operacyjnej, by sfotografować aparat anastezjologiczny, którego nikt nie potrafi używać.

Tekst i zdjęcia: Robert Jesionek

W domu Ojca Silvanusa

Ojciec Silvanus, wychował się w wiosce oddalonej kilkanaście kilometrów od Kondoa. Jedziemy tam, mijając przecudną okolicę. Przyroda, nawet teraz, w porze suchej, jest bardzo piękna. Droga jest wąska i piaszczysta, kręta i wznosząca się raz w górę, raz w dół. Rosną przy niej piękne drzewa i krzewy. Mam wrażenie, że znalazłem się w środku mojego snu z dzieciństwa, w którym śnię o szczęściu i zabawach w legendarnych ciepłych krajach.

Jedziemy tak około pół godziny i dopiero teraz zaczyna do mnie docierać, że o. Silvanus, aby ze swojej wioski dotrzeć do Kondoa (do kościoła, albo do szkoły) musiał tę piękną, ale trudną i daleką drogę pokonywać na nogach. „To był mój jogging” – mówił o. Silvanus z uśmiechem, choć dobrze wiem, że zapewne nie zawsze było mu do śmiechu…

Jesteśmy coraz bliżej rodzinnego domu naszego Ojca, który wraca tu po długim czasie nieobecności. Jest bardzo podekscytowany tym, że za chwilę spotka się z Rodzicami. Mieszkańcy z całej okolicy wiedzą, że grupa kilkunastu osób z Polski oraz ich krajan mają ich dziś odwiedzić – po drodze pozdrawiają nas i wrzucają do samochodów gałązki z drzew i kwiaty. Jesteśmy bardzo mile zaskoczeni tymi gestami.

W końcu dojeżdżamy na miejsce, gdzie wita nas grupa kilkudziesięciu osób. Wszyscy ubrani odświętnie, niezwykle kolorowo – są naprawdę bardzo piękni. Uderza nas niezwykła radość tych ludzi, entuzjazm, z jakim każdego z nas osobno przytulają i całują. Robi się cudowne zamieszanie, w którym każdy ściska się z kimś i już za chwilę szuka kogoś innego, kogo jeszcze nie przywitał. Jest bardzo głośno od śmiechu, pisków, śpiewu, okrzyków radości. Podwórko ubogiego afrykańskiego domu stało się centrum lokalnego święta, a atmosfera przypomina eksplozję radości, jak po finale turnieju piłkarskiego.

Jestem trochę niedyskretny i podglądam, jak o. Silvanus wita się z Rodzicami. Ich wzruszenie jest ogromne, nawet ja z trudem opanowuję emocje, patrząc na tę scenę. Mama płacze ze szczęścia, że po latach znów zobaczyła syna, przytula go bardzo mocno i całuje kapłańskie dłonie. Syn całuje dłonie Matki i trwają w długim uścisku wzruszeni i szczęśliwi. Widzę, że o. Silvanus nie może odnaleźć Taty, który sam też nie jest w stanie wypatrzyć syna, gdyż ma kłopot ze wzrokiem. W końcu jednak witają się równie serdecznie i z wilgotnymi oczami.

Tymczasem wokół trwa festiwal radości. Wszyscy są razem. Także muzułmanie, którzy są tu większością, okazują szacunek katolickiemu księdzu, który pochodzi z ich wioski. Ludzie tańczą i śpiewają. Mają też miejsce żartobliwe przepychanki w tańcu, polegające na rywalizacji, kto kogo przepchnie do tyłu – goście gospodarzy, czy gospodarze gości. Jest przy tym naprawdę niezła zabawa dla wszystkich. Cały czas towarzyszy nam rytm wybijany na pustych pojemnikach po wodzie. Nikt tu nie ma prawdziwego bębna, ale to nie może popsuć zabawy, ani – w żadnym wypadku – obniżyć najwyższego poziomu maestrii w wybijaniu rytmu do tańca i śpiewu!

Po zabawie jemy obiad przygotowany przez gospodarzy i zbieramy się w drogę powrotną. Co wyjątkowego z zapamiętamy z tego spotkania? Poza tym, o czym już napisałem, także końcową mowę dwóch muzułmanów, osób w tej wiosce ważnych. Każdy z nich podkreślał, że pamiętają i bardzo doceniają fakt, iż kilka lat temu o. Silvanus rozpoczął akcję pomocy dla tych ludzi, budując tu pierwszą studnię. Ten fakt ma wielkie znaczenie dla tej społeczności, jest tym bardziej wymowny, że woda ta służy wszystkim, bez względu na wyznanie. Takie doświadczenia wzmacniają lokalne więzi i sprawiają, że człowiek patrzący na to wszystko z boku, a jednocześnie świadom wielu okrutnych wojen o podłożu religijnym, mimo wszystko bardziej wierzy w prawdziwy pokój. Tzw. wielki świat bije się codziennie o wszystko, co tylko daje prawdziwy lub wyimaginowany powód do nieporozumienia. Ale ta mała wioska pod Kondoa w Tanzanii (podobnie zresztą jak wiele innych miejscowości, które od wielu dni odwiedzamy) jest dowodem na to, że można ze sobą żyć w zgodzie bez względu na to, w jaki sposób i do kogo się modlimy.

A co zapamiętają mieszkańcy tych okolic po naszym wyjeździe? Ojciec Silvanus mówi, że jeszcze długi czas będą o nas mówić, bo takie wizyty kilkunastu Mzungu na raz nie miały tu wcześniej miejsca. Dlatego jeszcze wiele dni i tygodni pozostaniemy na ich „czerwonym pasku”, jako najciekawszy i wciąż aktualny news. Zapamiętają nie tylko naszą białą skórę, miękkie włosy i jasne oczy. Nie tylko to, że pomogliśmy im wybudować studnię i wodociąg, czy zamontować baterie słoneczne. Zapamiętają także to, że dorośli, biali ludzie mieli dla nich szacunek, że wypowiadali nieliczne słowa w swahili, że tańczyli razem z nimi (!) i śpiewali „Sto lat!”.

Nasz „czerwony pasek” z hasłem „RODZINNY DOM OJCA SILVANUSA” pozostanie w pamięci również bardzo długo; gdy odjeżdżamy, jego kolor wzmacnia dodatkowo słońce zachodzące nad okolicą piękną, jak sen dziecka.

Tekst i zdjęcia: Robert Jesionek

Arusha

Gdy wieczorem wjeżdżamy do miasta Arusha, widok jest dość niesamowity. Na ulicach jest już ciemno, lamp ulicznych tu nie ma, oświetlenie dają auta. Jest tłok, ludzie wracają z pracy, a kierowcy nie respektują wyznaczonych pasów jazdy, wciskają się na trzeciego, na czwartego, na piątego… Wszyscy trąbią klaksonami, młodzi mężczyźni i chłopcy niemal w biegu pchają wózki z jakimiś workami, meblami, owocami i wszelkimi innymi towarami – w ten sposób, niczym szybcy kurierzy, albo express taxi zarabiają na życie. Ktoś inny prowadzi kilka swoich kóz, jeszcze ktoś inny wciska się między samochody rowerem, piesi stoją na środku ulicy między samochodami, albo próbują przecisnąć się na drugą stronę ulicy… Wszechobecny jest hałas, klaksony, pokrzykiwania handlarzy. Na chodnikach tłum, setki ludzi próbuje coś komuś sprzedać, każdy rozkłada swoje krzesełka z czymkolwiek, dziesięć kobiet siedzi wzdłuż krawężnika jedna za drugą, jak na krzesełkach w tramwaju i każda trzyma coś na kolanach do sprzedania – suszone ryby, pledy, owoce, warzywa i cholera wie, co jeszcze. Na motorach ludzie jeżdżą po dwóch, po trzech, czasem w środku, jako trzecie wiezione jest małe dziecko; motocykliści przeciskają się, jak węże między samochodami. I wszyscy gadają przez komórki. Ta ulica wygląda, niczym miasto w czasie paniki podczas totalnej awarii świetlnej, choć może raczej jak tajemniczy, niemal mistyczny Drohobycz z przedwojennych opowiadań Brunona Schulza… Ale trzeba też dodać, że to miasto jest w miarę bogate, widać tu ludzi dobrze ubranych, wielu turystów, częściej niż w innym miejscowościach pojawiają się biali, eleganccy menedżerowie z tutejszych firm.

Zjeżdżamy w lewo, w jakąś podrzędną ulicę i natychmiast świat się zmienia. NATYCHMIAST. Ulica zyskuje tysiące dziur, ludzi są biedni, znikają dobrze ubrani turyści, na wysokości oczu robi się jeszcze ciemniej, wysoko ponad głowami mocniej zapalają się gwiazdy, pojawia się kurz, w natężeniu, które nie pozwala normalnie oddychać. Ludzie przy drodze sprzedają już zupełnie inne rzeczy, wszędzie unosi się zapach smażonego mięsa i ziemniaków. Ludzie siedzący przy ulicy oświetlają sobie najbliższy metr powierzchni przy pomocy świeczki, albo ognia z małego ogniska, na którym przygotowują coś do jedzenia. Ktoś wędzi kilkadziesiąt ryb na dziwnej kratce nad ogniskiem, ktoś inny sprzedaje ryby surowe (czuć to wyraźnie i niezbyt przyjemnie). Co kilkanaście metrów stoją wystawione na sprzedaż banany w wielkich kiściach, które – zanim ich spróbowaliśmy i przekonaliśmy się o ich wyjątkowym smaku – budziły nasze zdziwienie, że są tak brzydkie w kraju, w którym przecież jest ich tak dużo. W hipermarkecie w Polsce nikt by na nie nawet spojrzał, a może nawet zwróciłby uwagę personelowi, że w koszach z owocami leżą odpady. Od czasu do czasu przechadzają się psy chude jak szczapa na rozpałkę i dziwnie spokojne, jakby uśpione całodziennym upałem. Co kilka metrów siedzi grupa ludzi, skupiona wokół stolika z jedzeniem, albo z piciem. Wielu jeszcze pracuje, mimo ciemnej pory dnia – łatają dętki rowerowe, szyją na maszynach do szycia, sprzedają trzcinę cukrową. Ta ulica, to jeszcze nie slumsy, ale bardzo, bardzo biedne miejsce, widać to i wyraźnie czuć.

Jedziemy dalej i ulica staje się jeszcze gorsza. Drogi w takiej dzielnicy nie można porównać do niczego tego typu w Polsce. Może jedynie do jakiejś ścieżki w lesie, wyboistej, jak niedopracowany tor do ekstremalnej jazdy na nartach po muldach. Kurz jest niemiłosierny, drzewa i krzaki przy takiej drodze wyglądają, jakby właśnie przelała się tędy powódź i na gałęziach oraz liściach osiadło jakieś obrzydliwe błoto. Droga ograniczona jest małymi rowami, które pełnią także rolę ścieków. Po bokach parterowa zabudowa, w której są głównie sklepy, zakłady usługowe i parę knajp. Przy czym trzeba wiedzieć, że żadna z tych nazw nie jest adekwatna do tego, co znamy z Polski – te miejsca przypominają raczej sceny z filmów opowiadających o rzeczywistości XIX wieku, niektóre z nich wręcz żywcem wzięte z filmów w rodzaju „Imię Róży”, a zatem – średniowiecze…

Jadąc taką drogą dojechaliśmy do kolejnej parafii. Mieszkamy u dobrych ludzi, którzy otworzyli przed nami swoje domy i serca. Niektórzy z nich, specjalnie dla swoich gości podejmują się nowych inwestycji – montują pierwszy w swoim domu przepływowy ogrzewacz wody, wkręcają żarówki tam, gdzie nie było ich od lat i powtarzają niezmiennie i z szerokim uśmiechem – „Karibu!” – Zapraszamy… Po raz kolejny, jako „gościnni Polacy”, jako ludzie relatywnie bogaci, uczymy się SENSU gościnności od ubogich mieszkańców Tanzanii…

Tekst: Robert Jesionek